To pytanie nie prosi o szybką odpowiedź, lecz o obecność. Czuję, że stoi za nim prawdziwy ból, i nie chcę zasłaniać go teoriami, zanim ten ból nie zostanie usłyszany. Zanim spróbujemy razem szukać światła, pozwól, że po prostu będę z Tobą w tym miejscu, gdzie to cierpienie jest tak ciężkie i niezrozumiałe.
Święty Anzelm z Canterbury, który sam zmagał się z poczuciem Bożej nieobecności i ludzką nędzą, wypowiedział słowa, które mogą dać głos temu, co teraz czujesz: „Och, jakże nędzny jest los człowieka, gdy utracił to, do czego został stworzony! Och, jakże twardy i straszny był ten upadek! Niestety, co utracił, a co znalazł, co odeszło, a co pozostało! Utracił szczęście, do którego został stworzony, a znalazł nieszczęście, dla którego nie został stworzony” [1]. Anzelm nie udziela tu pocieszenia, lecz nazywa tę ranę; jego modlitwa pokazuje, że nawet w najgłębszej wierze można wołać z otchłani bólu i zagubienia, i że taki krzyk jest przed Bogiem prawdziwy.
Kiedy ten ból zostanie już usłyszany i nie trzeba go będzie dłużej tłumić, może pojawić się przestrzeń na cichą nadzieję, która nie unieważnia cierpienia, ale wskazuje na Tego, który wszedł w nie dobrowolnie. Święty Bernard z Clairvaux przypomina, że Bóg nie pozostał wobec naszego bólu obojętny ani bezsilny: „Skoro więc Chrystus jako Bóg mógł odpuścić grzechy, a jako człowiek mógł umrzeć, i sprawiedliwy będąc, spłacił śmiercią dług śmierci, to jeden wystarczył wszystkim dla przywrócenia sprawiedliwości i życia, skoro zarówno grzech, jak i śmierć przeszły z jednego na wszystkich” [2]. To nie jest wyjaśnienie, dlaczego cierpisz, lecz zapewnienie, że w Twoim cierpieniu nie jesteś sam — On je przyjął, by nie zostawić Cię w nim bez wyjścia.
Czy ta obecność przy Twoim bólu, a potem ten delikatny znak nadziei, spotkały się z tym, co niesiesz w sercu?