To piękne i bardzo szczere pytanie. Czasem sama nieumiejętność modlitwy jest już początkiem prawdziwego spotkania, bo to właśnie w tym zagubieniu otwieramy się na Boga takiego, jakim On naprawdę jest, a nie jakim chcielibyśmy Go widzieć w naszych wyobrażeniach o pobożności.
Święty Augustyn, gdy sam przeżywał głęboki ból i nie wiedział, jak go udźwignąć, opisał moment, w którym przestał szukać właściwych słów i po prostu pozwolił sobie na bycie przed Bogiem takim, jakim był. Wyznał: „i puściłem łzy, które powstrzymywałem, aby popłynęły, ile tylko zechcą, i uczyniłem je posłaniem dla mego serca; i spoczęło ono w nich, bo tam były uszy Twoje, nie zaś jakiegoś człowieka, który wyniośle tłumaczyłby mój płacz” [3]. Modlitwa nie musi być doskonała ani elokwentna; czasem jest po prostu odpoczynkiem serca w Bożej obecności, która przyjmuje nas bez oceniania i bez potrzeby tłumaczenia czegokolwiek.
Gdy brakuje słów, można też oprzeć się na pragnieniu samego Boga, nawet jeśli czujemy się daleko. Psalmista wołał w podobnym stanie: „Jak tęskni jeleń do źródeł wody, tak dusza moja tęskni do Ciebie, Boże. Dusza moja pragnie Boga mocnego, żywego; kiedyż przyjdę i ukażę się przed obliczem Bożym?” [1]. To pytanie „kiedyż przyjdę?” jest samo w sobie modlitwą. Nie musisz znać odpowiedzi ani mieć gotowej formuły – wystarczy, że powiesz Bogu o swoim pragnieniu, nawet jeśli jest ono teraz jedynie cichym westchnieniem lub poczuciem pustki.
Pan Jezus w Ewangelii pokazuje nam, że zna nasze wnętrze lepiej niż my sami: „On zaś wiedział, co jest w człowieku” [4]. Nie potrzebujesz więc ukrywać przed Nim swojej nieumiejętności czy zagubienia. Możesz przyjść do Niego dokładnie z tym, co masz – z ciszą, z bólem, z pytaniem. On nie czeka na perfekcyjną modlitwę, lecz na Ciebie.
Czy te słowa pomagają Ci poczuć, że w tym nieznanym miejscu modlitwy nie jesteś sam, i że Bóg przyjmuje Cię właśnie w tej prostocie?